O filmach które są inne i wcale się tego nie wstydzą!
RSS
niedziela, 31 stycznia 2010
Fando i Lis

Fando i Lis, reż Alejandro Jodorowsky, Meksyk, 1968

Googluję zdjęcia Jodorowskiego - z większości spogląda siwy,  sympatyczny pan sprawiający wrażenie ciepłego autora jeszcze cieplejszych książek przeznaczonych na długie zimowe wieczory… Nie osądzajcie po pozorach. – ten miły staruszek cudem uniknął linczu, kiedy wyświetlił swój obrazoburczy film nieprzygotowanej na taki odjazd gawiedzi na festiwalu w Acapulco.

Co wprawiło ludzi w taką wściekłość?

Zacznijmy od surrealistycznych wizji przesiąkniętych mistycyzmem. Nietrudno dostrzec, że Jodorowsky lubuje się w zgłębianiu tajników astrologii, okultyzmu i alchemii – ogólnie tego, co potocznie wrzucamy do jednego worka „czarna magia”, tudzież „ezoteryczne brednie”. Jednak efekty tej fascynacji uwidaczniają się w jego filmach, które aż kipią od nawarstwiających się symboli. Osobiście nie zajęłam się dogłębną interpretacją, choć pewnie byłoby to nie tylko czasochłonne, lecz również ciekawe choć trudne zajęcie. I z pewnością wiele już takich opracowań krąży po sieci, ponieważ właśnie te elementy budzą w ludziach odwieczną fascynację. Z drugiej strony słyszałam już zarzuty o pewien przesyt i zagubienie się w  symbolicznym labiryncie.

Oczywiście, wyżej wymienione elementy to za mało aby wywołać w ludziach taką furię, jaka miała miejsce w Acapulco. „Fando i Lis” to nie tylko opowieść przetykana alchemicznymi cytatami. To również, a raczej przede wszystkim, historia o fanatyzmie, trudnej miłości, kalectwie, „niezdrowych” namiętnościach, dewiacjach i demonach ludzkiej duszy. Jodorowsky przekracza granice społecznego, uniwersalnego dla wszystkich (a przynajmniej większości) kultur tabu. Pokazuje upodlenie człowieka, targające nim namiętności, przemoc i śmierć. Wśród jednych większe wzburzenie być może wywołała scena zabaw na cmentarzu, w tak radosnej piosenki… o pogrzebie. Inni może krzyczeli „Obrzydliwe, pornografia!”, gdy Fando zachwala swoją narzeczoną niczym towar.

Co bardziej dociekliwi, zadają pytania o techniczne szczegóły. Np.: czy w trakcie zdjęć wypito prawdziwą krew?

Cóż, myślę, że tymi słowami już wystarczająco zachęciłam bądź zniechęciłam do zapoznania się nie tylko z tym, ale również pozostałymi filmami A. Jodorowskiego. Na koniec pragnę jednak wspomnieć o kwestii być może pomijanej w większości recenzji. A mianowicie chodzi mi o cudnej urody odtwórczynię roli Lis, Dianę Marsical. Jej drobna, krucha sylwetka, krótko ścięte blond włosy i dziecięca buzia, z której patrzą cudowne, duże oczy. Ta delikatna piękność perfekcyjnie wpisuje się w symbolikę postaci sparaliżowanej Lis.

sobota, 23 stycznia 2010
Wielkie żarcie

Skandal i hańba! Takiej słabej formy nie było na blogu od ponad roku!

Niestety, Bizarre dalej nie czuje się na siłach ażeby stuknąć kilka razy w klawiaturę i napisać kilka zdań swojego grafomańskiego bełkotu. Dlatego dzisiejszym recenzentem będzie… Zygmunt Freud!

Zygmunt Freud we własnej osobie

La Grande bouffe, reż. Marco Ferrari, Włochy, Francja, 1973.

Plakat filmu 'Wielkie żarcie' ze strony eat-online.net

 

Zaprawdę, uważam to dzieło za szlachetną perłę kinematografii przepełnionej obłudą i hipokryzją. Wszyscy wiedzą na przykład, że E.T. jest w rzeczywistości zakamuflowanym penisem i dlatego ten „obcy twór” budzi przerażenie i fascynacje zarazem u małej dziewczynki*. Nikt jednak nie śmie wyjaśnić tego wprost skonfundowanym widzom… Wracając do „Wielkiego żarcia”, jest to piękna ilustracja moich teorii (i co teraz Herr Jung – mój uczniu marnotrawny? Ha!) i widzę, że reżyser nie bał się dać upustu swojemu Id. To dzieło atakuje widza treściami dlań obrazoburczymi aby oswobodzić go z tyranii przerośniętego i chorego superego i skonfrontować z jego podświadomymi lękami.

Oto grupa czterech mężczyzn, przezywających zapewne kryzys wieku średniego i cierpiących na inne przypadłości natury psychicznej (ale przecież żaden człowiek nie jest zdrowy – jest po prostu źle zdiagnozowany!), postanawia zaszyć się w bogato urządzonej, posępnej willi i oddać wielkiej rozpuście. Każdy z nich uległ fiksacji w stadium oralnym toteż charakteryzuje ich niepohamowana żądza kosztowania i pochłaniania pieczołowicie przygotowanych dań.
Towarzyszą temu akty erotyczne jak choćby oglądanie pornografii (notabene pamiątki z młodości jednego z biesiadników) oraz obcowanie z paniami lekkich obyczajów. Id dochodzi do głosu, libido tryska uszami, a Eros triumfuje. Co warte uwagi, do rozpasanego grona dołącza zwyczajna i skromna (jak się z początku wydaje), której jedzenie rozbudza uśpione pokłady erotycznej energii. Od tego momentu obdarzona rubensowskimi kształtami Venus trwa dzielnie z pozostałymi bohaterami. Czy można się dziwić, że to uosobienie płodności i kochającej matki tylko stymuluje atawistyczne popędy biesiadników i przywołuje wspomnienie kompleksu Edypa?

Jednak nad ucztą pozornie afirmująca życie od początku wisi cień Tanatosa. Popęd życia i śmierci nierozerwalnie idą ze sobą w parze wiodąc grupkę nie mogących oprzeć się pokusie neurotyków i narcyzów ku ostatecznemu celowi.

Ten krótki komentarz nie wyczerpuje w pełni moich sądów na temat filmu i hipotez o jego ukrytych treściach, jednak zgadzam się z Bizarre (koniecznie muszę przeprowadzić psychoanalizę tego przypadku!), iż zdradzanie czytelnikowi wszystkich szczegółów nie tylko nie przygotuje ich na lepszy odbiór filmu, lecz także odrze ich z całej przyjemności pochłaniania tego dzieła. Dlatego najpierw prosz obejrzec, a później zapraszam do dzielenia się wrażeniami na mojej kozetce.

 

Może cygaro?

 

Plakat Ostatniej wieczerzy.. tfu! Wielkiego żarcia, ze strony chisholm-poster.com

 

*To nie jest mój wymysł. Aż tak daleko nie posuwa się moja rozbuchana fantazja, serio. Gogle it.

niedziela, 10 stycznia 2010
Sorry boss - again!

Nie ma czlowieka na blogu przez jakiś czas a tu mu wszystko zmieniają. Coś się rozwaliło na pierwszej stronie i są problemy z logowaniem, tutaj mi jakąś belkę do tagów podstawiają ech...

Na siebie też ma o co ponarzekać. Bizarre ma twórczego bloka (nie mylić z blogiem), chociaż piętrzą się tytuły do omówienia. Znowu proszę się nie gniewac, zrozumieć, że i ja cierpię z tego powodu. Póki co można sobie pójśc do kina, bo to początek sezonu, albo poczytać o Bunuelu w nowym K-MAG, albo ogólnie nadrobić zaleglości czytelnicze. Dzięki temu ostatniemu Bizarre dowiedziało się ciekawych rzeczy o kilku opisywanych przez siebie filmach np. "Dziwolągi" mają aż 3 alternatywne zakończenia, a ekipa podczas pracy nad filmem wymiotowała ze wstrętu.

Zabieram się więc do pracy i nowych wpisów!

 

23:04, bizarre_films
Link Dodaj komentarz »