O filmach które są inne i wcale się tego nie wstydzą!
RSS
poniedziałek, 28 lutego 2011
FLCL

(tudziez Furi Kuri lub Fooly Cooly)

Pisanie po przerwie przychodzi z wielkim trudem. I tak wiem ,ze uprawiam grafomaństwo, ale żeby się jeszcze nad tym tak pocić, to chyba grzech, nie? Dobrze, że mamy karnawał...

 

U niektórych dobra historia zaczyna się od trzęsienia ziemi. W tym wypadku zamiast trzęsienia jest przypieprzenie w łeb gitara niczego nie podejrzewającego dzieciaka. Tak to już widać jest w Japonii. W jednej chwili myślisz sobie „kolejny nudny dzień w szkole” a w następnej chwili różowowłosa dziewczyna na żółtej Vespie robi z ciebie mokrą plamę.

I kiedy myślisz, ze z twoja głową nie może być już gorzej, zaczynają z niej wychodzić dziwne rzeczy. Na przykład wielkie roboty i inne śmieci...

Trudno pisać o fabule tego serialu, który jest absurdalny do granic możliwości według wszystkich standardów. On mi też przypomniał, co takiego jest w anime, że znalazło fanów na całym świecie (jak równiez wielu przeciwników). Dynamika, niepohamowanie, emocje, nieokiełznana wyobraźnia: to jest moim zdaniem ten magnes, dzięki któremu anime przebiło się przez kulturowe bariery i stało się znane na świecie.

Odnosząc to do serialu: bohaterowie dokonują rzeczy niemożliwych, ich ciała zniosą wszystko, a prawa fizyki mają wychodne. Jest szybko, dynamicznie, kolorowe. Humor jest czarny i ocieka ironią. A wszystko w takt świetnej muzyki zespołu „The Pillows”.

23:40, bizarre_films
Link Dodaj komentarz »