O filmach które są inne i wcale się tego nie wstydzą!
RSS
środa, 16 grudnia 2009
Dead Snow

Dod sno (aka Dead snow), reż. Tommy Wirkola, Norwegia, 2009.

 

Pada śnieg, pada śnieg, zombie jedzą  móóóózg

Jest nam zimno, flaki lecą, a krew ścina mróóóz!

 

Kiedy pada pierwszy śnieg i zima, jak co roku, zaskakuje drogowców,  warto zasiąść przed telewizorem z kubkiem rozgrzewającego naparu (chodzi oczywiście o magiczny napój druidów) i nacieszyć oczy zimowy Norweskim krajobrazem, pokrytym bielutkim, puszystym śniegiem i okraszonym plamami krwi… a będzie ich przybywać!

Mamy tu wszystko czego trzeba. Grupka młodych ludzi wyjeżdża do domku w górach, sex i opary alkoholu wiszą w powietrzu. Oczywiście jest to środek „nigdzie”, nie ma zasięgu, do samochodu 45 minut pieszej wędrówki (i tylko jedna osoba zna drogę), jedyną żywą duszą jest dziwny jegomość opowiadający historię „o strasznych rzeczach, jakie się tu działy…”. Czujecie ten klimat? Aż nie można się doczekać, kiedy spod śniegu zaczną wychodzić umarlaki-zmarźlaki, jak przyobiecano w trailerze. Oczywiście chordy zombie to za mało, dlatego to są zombie-naziści (zło do kwadratu) i do tego jeszcze ci najgorsi z najgorszych, żeby nikt nie miał wątpliwości.

Od strony wizualnej biel przełamuje trupioszary kolor "przebiśniegów" i czerwone slady masakry, czyli w gruncie rzeczy slasherowe minimum z hektolitrami krwi i kilometrami wyprutych jelit. Twórcy zadbali również o stosowną oprawę dźwiękową: film otwiera scena nocnego pościgu, w której tle leci „W grocie króla gór”, a później może być tylko lepiej...

Nie brakuje tutaj bezpośrednich odwołań do klasyków gatunku (czy "Martwy śnieg" nie brzmi zupełnie jak "Martwe zło"... lub mięso?) i sporej dozy autoironii. Od dzisiaj Norwegia nie będzie mi się kojarzyć już tylko z fiordami, łososiem, Neutrogeną i black metalem. Na dzisiaj zapowiadano opady śniegu  - patrzcie pod nogi, jak wyjdziecie z domu - a nóż-widelec wdepniecie w zombiaka albo poślizgniecie się na  zamarzniętych jelitach!

Dead Snow Russian Poster. source:impawards.com

Rosyjski plakat, czyli okrojona wersja najpopularniejszego postera, zauroczył mnie hasłem. Warto obejrzeć pełną serię plakatów, które są doprawdy wyśmienite, na stronie impawards.com

23:20, bizarre_films
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 grudnia 2009
Hakaba Kitaro

Hakata Kitaro /”Hakaba Kitarou” aka „Graveyard Kitaro” (“cemntarny Kitaro”), główny reż. Kimitoshi Chioka, Toei Animation, Japonia, 2008.

 

Jesienny wiatr hula między grobami, kropelki deszczu odbijają się od kamiennych płyt. Mrok rozświetlają błyskawice. Nagle pośród odgłosów burzy słychać płacz dziecka. To daje o sobie znać niemowlę, które wyszło ze świeżo usypanego grobu…

Hakaba Kitarou wychodzi z grobu... img src:blackholereviews.blogspot.com

 

Manga „Gegege no Kitarou” (często widzę, że Kitarou zamienia się na Kitaro, bez „u” w końcówce, więc zostanę przy uproszczonym zapisie)  autorstwa pana Shigeru Mizuki doczekała się kilku animowanych adaptacji. Były to wznawiane co dekadę (od czarno-białej wersji z 1969) seriale telewizyjne liczące nawet po 100 odcinków, skierowane przede wszystkim do najmłodszych widzów. Poza granicami rodzimego kraju nie zyskały wielkiej popularności, ale w Japonii stały się kultowe. Tytułowy Kitaro mieszkający wśród upiorów walczył ze złymi duchami i starał się zaprowadzić pokój pomiędzy światami ludzi, a demonów (tych dobrych). Zakrywająca pół twarzy grzywka, niebieski mundurek, pasiasta kamizelka i drewniane chodaki (w razie czego służące jako broń) – to jego znaki rozpoznawcze. Mimo, że seria zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, absolutnie wpadła mi w ucho otwierająca piosenka i obudziły się miłe wspomnienia o „Gospodzie pod Upiorkiem” (kochajmy straszydła!), to nie temu poświęcam mój dzisiejszy post.

Upiorny plakat Hakaba Kitarou img src:blackholereviews.blogspot.com

 

Po wymienionych już serialach TV, kinówkach, filmie z żywymi aktorami (który dotarł też do nas –tak, srebrnowłosy pan strzelający laczkami to właśnie Kitaro), grach na konsole, wersji live i niezliczonych gadżetach czy tez produktach spożywczych z Kitaro i jego przyjaciółmi na etykietach, przyszła pora na coś zgoła nieoczekiwanego.

 

W roku 2008 zdecydowano się na ukłon w stronę starszego odbiorcy i w oparciu o oryginalną mangę powstała licząca 11 odcinków mini seria „Hakaba Kitao”.

Pewnemu przeciętnemu, mieszkającego z matką szaremu urzędnikowi ordynator szpitala powierza nietypowe zadanie. Otóż pacjenci, którzy już dawno powinni odejść z tego świata, ku trwodze personelu oznajmiają, że czują się świetnie, pomimo bladej cery i trupiego zapachu unoszącego się w salach. Mężczyzna wiedziony przeczuciem odwiedza nowych sąsiadów, którzy wprowadzili się do opuszczonej chatki nieopodal cmentarza. Na miejscu podejmuje go para potworów, które wyjawiają, że są ostatnimi z plemienia youkai, toczy ich tajemnicza zaraza, a wkrótce na świat ma przyjść ich dziecko. Przy następnej wizycie oboje są już martwi, a ich sąsiad trochę z przyzwoitości, a trochę z obawy przed zemstą zmarłych, postanawia pochować ciało ciężarnej kobiety. Ku jego przerażeniu, nie jest to bynajmniej koniec klanu potworów, kiedy ze świeżo usypanego grobu wypełza niemowlę…

 

Tak w skrócie jawi się akcja pierwszego odcinka. Podrosły Kitaro wcale nie ma ochoty na zabawy w zbawcę ludzkości i polowanie na demony. Nie, żeby był zły i szkodził ludziom, umyślnie, w zaplanowany sposób, ale spotykając na drodze Kitaro lepiej uważać, bo chłopak działa jak magnes na kłopoty, co w najgorszym wypadku może skończyć się w… piekle.

Kafkowska sytuacja, z jaką mamy do czynienia na samym początku to tylko zapowiedź groteskowych przygód i tajemniczych sytuacji okraszonych lekką dozą horroru. Absurd jest miarą uniwersalną, która tworzy pomost między kulturowymi różnicami i pozwala nam, europejczykom, śmiać się z japońskiego dzieła. Kto za pan brat z Kafką, Mrożkiem i Schulzem, ten poczuje swojski klimat.

 

Kolejnym ogromnym atutem jest strona wizualna. Żadnych oczu na pół twarzy i „kolczastych” różowych włosów sterczących we wszystkich kierunkach. Oldschoolowy, schludny chciałoby się rzec i dosyć realistyczny design postaci. A przynajmniej postaci ludzkich: podział światów widoczny jest szczególnie przy karykaturalnych sylwetkach nawet humanoidalnych demonów. I tak Nezumi Otoko (szczurzy człowiek), profesor brudologii stosowanej, który nie mył się od dnia narodzin, patrzy swoimi ogromnymi, chytrymi oczami za każda okazją i podkręca szczurzy wąs, a powabna sąsiadka ma zamek błyskawiczny w ustach (co w oczach panów dodaje jej uroku).

Dalej przyglądając się animacji, widać też kontrast na ogólnym tle. Świat ludzi jest szary i zwyczajny, utrzymany w kolorach sepii (przywodzi to na myśl lata powojenne, akcja prawdopodobnie rozgrywa się w latach ’50). Z drugiej strony cokolwiek dziwnego, paranormalnego, demonicznego, okraszone jest nieco psychodelicznym zestawem barw, czasem w nietypowej kombinacji (np. stosy różnokolorowych czaszek). Tła i pojawiające się obrazy wyglądają jak „kolorowane fotografie”. Widać tu też pewne nawiązanie do tradycji (warto przypomnieć sobie obrazy i drzeworyty Hokusaiego) i korzeni mangi, na przekór panującym trendom komputerowych fajerwerków, wygładzonych postaci i czasem nachalnie wprowadzanej animacji 3D. Na poparcie, seria screenów:

Hakaba Kitarou screeshot. source:bizarrefilms.blox.pl

Hakaba Kitarou screeshot. source:bizarrefilms.blox.pl

Hakaba Kitarou screeshot. source:bizarrefilms.blox.pl

Hakaba Kitarou screeshot. source:bizarrefilms.blox.pl

Czego brakuje (poza kolejnymi odcinkami) to brak fenomenalnej ścieżki dźwiękowej. Co nie znaczy, że nie można określić jej mianem nastrojowej i pasującej do klimatu. Prostota w tym wypadku wyszła twórcom na zdrowie. Uwagę przykuwa przede wszystkim opening: połączenie pokolorowanych komiksowych plansz z z szybkim acz nieco psychodelicznym utworem „Mononoke Dance” właśnie przykuło moją uwagę i zachęciło do obejrzenia pierwszego odcinka.

Ending natomiast na początku mnie rozczarował, jednak jak to zawsze ma miejsce po osłuchaniu się z utworem – zaczyna się go lubić. Dlatego w końcu wpadła mi w ucho melancholijna piosenka, śpiewana czystym, dziewczęcym głosem.

Screenshot  z ostatniej sekwencji endingu serialu Hakaba Kitarou. source:bizarrefilms.blox.pl

 

To chyba najdłuższa recenzja (jeśli tak można określić moje rekomendacje) jaka ukazała się na tym blogu. Ale myślę, że warto. O ile nie należę do grona zagorzałych przeciwników japońskiej animacji, uważam, że na ilość produkcji z tego kraju przypada raczej niewielki procent wart uwagi. I w tym procencie właśnie zawiera się „Hakaba Kitaro”.

23:23, bizarre_films
Link Dodaj komentarz »