O filmach które są inne i wcale się tego nie wstydzą!
RSS
czwartek, 25 marca 2010
Gabinet doktora Caligari

Gabinet doktora Caligari (Kabinett des Doktor Caligari), reż. Robert Wiene, Niemcy, 1920.

Plakat Das Cabinet des Doctor Caligari source:follow-me-now.de

O tym filmie miało być już dawno. I trochę mnie to zablokowało. Chyba nie do końca słusznie podchodzę do niektórych tytułów jak do sacrum, boję się dotknąć klawiatury, znieważyć wybitne dzieło moim grafomaństwem… Tym razem miało być nawet w oparciu o fachową literaturę. Ale gdzieś zagubił mi się sens prowadzenia tego bloga ze skutkiem nieszczęsnym, dlatego teraz wracam do pierwotnej formuły. Pisać ile się chce, jak się chce, czyli subiektywnie i nie przejmować się tym, że ktoś napisze lepiej, bo to jest moje hobby, a nie sposób zarabiania na chleb (powszedni).

Tyle długiego wstępu usprawiedliwiającego(?) moje zaniedbanie. Dzisiaj klasyk kina grozy, czyli „Gabinet Doktora Caligari”. Uwielbiam stare kino, zaś niesamowite wrażenie robi na mnie kino nieme. Miałam niezwykłą przyjemność obejrzeć ten film na dużym ekranie z muzyką na żywo. I wszystkim polecam takie seanse, organizowane najczęściej przez dyskusyjne kluby filmowe za niewielką opłatą, a czasem nawet za darmo. Trudno mi sobie wyobrazić co wtedy czuli ludzie, którzy oglądali „Gabinet..”. Na pewno zdecydowanie większe podniecenie niż współczesna publiczność na „Awatarze” w 3D albo jakimkolwiek horrorze, choćby był to wysoko-budżetowy  Hollyłódzki remake azjatyckiego horroru.

Oczywiście nie można przyrównać tego wybitnego dzieła Niemieckiego ekspresjonizmu do dzisiejszych produkcji. Jednym z najważniejszych i najczęściej wymienianych w opracowaniach oraz recenzjach elementów, jest scenografia. Ręcznie malowane tła, powykrzywiane domy (zapewne inspiracja dla słynnego Sopockiego domku), brak kątów prostych, czy złudzenie głębi. W tym wyjątkowym wypadku marzy mi się ten film w kolorze. Nie wiem co prawda, jak na żywo wyglądały owe scenografie. Ale również metoda kolorowania klatek przyniosłaby tutaj ciekawy i moim zdaniem w pełni odpowiadający klimatowi efekt.

Wracając do samego filmu, kolejnym elementem, który mnie urzekł, była fabuła i sposób jej prowadzenia. Opowieść o wędrownym hipnotyzerze i serii tajemniczych mordów jest o wiele bardziej skomplikowana, niż się z początku wydaje. Intrygujący był dla mnie motyw subiektywnego postrzegania rzeczywistości i jej zniekształceń. Trudno opisać to, nie zgłębiając szczegółów fabuły, przed czym się wzbraniam, ponieważ nie chcę nikomu odbierać przyjemności z oglądania filmu. Ale chcę zwrócić uwagę na fakt, że tak naprawdę historia przestępstw, o które oskarżony jest „szalony” doktor wysługujący się wiecznie pogrążonym we śnie lunatykiem, wcale nie tym, co w filmie ma przerazić. Dopiero moment kulminacyjny budzi największe lęki i dotyka problemów egzystencjalnych, a także pewnych do dziś obecnych w kulturze tabu.

Nieme filmy mają swój niewątpliwy urok szczególnie w połączeniu z muzyka. Tutaj musze przyznać, że był to pokaz z dosyć nowoczesną aranżacją, ale przyznam, że choć z początku dźwięki elektroniki nie wyszły naprzeciw moim oczekiwaniom, to jednak monotonne surowe rytmy dobrze wpasowały się w mroczny klimat filmu i wzmogły psychodeliczny efekt.

Kadr z filmu Gabinet Doktora Caligari

 

Dla tych, którzy zamiast mętnych, subiektywnych opisów wrażeń pragną pogłębić wiedzę o tym filmie, polecam recenzję na stronie Klubu Miłośników Filmu: http://www.film.org.pl/prace/dr_caligari.html