O filmach które są inne i wcale się tego nie wstydzą!
RSS
wtorek, 28 lipca 2009
Rosencrantz & Guildenstern Are Dead

pol. Rosencrantz i Guildenstern nie żyją, reż. Tom Stoppard, USA, Wlk Brytania, 1990.

...a jednak żyją!

Ostatnio siedzę w temacie Szekspira (jakkolwiek to zinterpretujecie, pewnie bedzie dobrze), nie powinien więc dziwić kolejny tytuł po opisanej wcześniej, pysznej ekranizacji Midsummer Night's Dream, który nawiązuje do jego twórczości.

Tym razem jest jednak inaczej. Teraz mamy to, co tygryski lubią najbardziej. A mianowicie połączenie klasycznej tragedii z komediowym teatrem absurdu. Wydarzenia rozgrywające się w "Hamlecie" oglądamy z perspektywy dwóch tytułowych bohaterów. W oryginale są to postacie z dalszego planu, którym nie poświęca się esejów, szkolnych wypracowań, czy nawet uwagi. Jednak tutaj to Rosencrantz i Guildenstern (czy też Guildenstern i Rosencrantz... zresztą oni sami zamieniają swoje imiona) zabawiają publikę, popadają w kłopoty i kompletnie nie panują nad swoim losem. Film sięga do dobrych korzeni, jak np. "Czekając na Godota". Czas i przestrzeń są względne, pamięć głownych postaci jest jak durszlak, przez którego dziury czasem przebłyśnie zamazany obraz, nikt dookoła nie zachowuje się racjonalnie i czasem nie wiadomo o co chodzi. A jak nie wiadomo o co chodzi, trzeba poddać się wirowi wydarzeń i zaczekać aż kapryśny los zechce skierować człowieka w odpowiednią stronę (tudzież jak się losowi podoba). Przez film przewija się motyw teatru w teatrze (...w teatrze w teatrze..) nawiązujący do alegorii życia jako teatru, która nie tyle wpisuje się w ten film, co wyznacza pewne ramy. Choć z drugiej strony pisanie o ramach to oczywiście zwrot z recenzji i uczniowskich rozprawek, ponieważ moim zdaniem żadne ramy tego filmu nie okiełznają, a szufladki nie pochłoną.

To w końcu Rosencrantz i Guildenstern żyją, czy nie żyją? img src:cloudbusrt.wordpress.com

 

21:14, bizarre_films
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 lipca 2009
Shadow of the Vampire

pol. Cień Wampira, reż. E. Elias Merhige, Luksemburg, USA, Wlk Brytania, 2000.

Zainspirował mnie artykuł o wampirach w popkulturze, opublikowany w lipcowym Newsweeku (numer z podwójną Madonną na okładce). W dużej mierze skupiono się w nim na filmowych przedstawieniach, jak i przejściach z literackich pierwowzorów na ekrany. Ogólnie wnioski można streścić tak: z waniającego trupem wąpierza, który wysysał krew z wieśniaków i wiejskiego inwentarza popkultura zrobiła dostojnego hrabiego, który w ciagu zaledwie kilkudziesięciu lat zniewieściał i odwampirzył się do tego stopnia, że podrywa ludzkie podlotki w celach niekonsumpcyjnych. Proszę sobie porównać grzecznego, wymuskanego dzieciaka ze "Zmierzchu" z pierwszymi kinowymi przedstawieniami wampirów. A szczególnie tym, który pierwszy przeszedł do historii....

Tak, oczywiście mam tu na mysli Nosferatu wykreowane przez Maxa Schrecka - czlowieka, który był do tej roli stworzony. Oglądając 'Nosferatu - symfonię grozy" można się w dzisiejszych czasach domyslać, jakie wrażenie robił na ówczesnych widzach... a właściwie to wciąż wywiera piorunujące wrażenie! A wszystko oczywiśce za sprawą Maxa Schrecka, o którym podobno sam reżyser powiedział, że "temu panu nie dajemy charakteryzacji". Demoniczny wygląd oraz dziwna, "nieludzka" maniera poruszania się postaci, która cały czas jest jakby zesztywniała i przyczajona tak poruszyły widzów, że wokól odtwórcy głównej roli pojawiła się aura tajemnoczości i oczywiście plotki. A legenda kina glosi, że Max Schreck... był prawdziwym wampirem!

Proszę państwa, przed wami Pierwszy Wampir kina img src:flickr.com

Oczywiście wątpliwe aby nawet sam twórca takiej "plotki" w nią wierzył, niemniej temat tak porusza wyobraźnię, że został przeniesiony na ekran. "Cień Wampira" jest filmem o filmie, a konkretnie o zdjęciach do "Nosferatu - symfonia grozy". Cały pomysł opiera się na tym, że Schreck (tutaj Willem Dafoe) jest prawdziwym wampirem, jakimś cudem odnalezionym przez fanatycznego reżysera F.W. Murnaua (tutaj kolejna gratka: John Malkovich!). Oczywiście wampir nie pożąda sławy i gardzi ludzkimi wynalazkami, jednak nie pogardzi już szyją pięknej aktorki (C. MacCormack), którą wciąż przyprawia o dreszcze. A właśnie ona jest stawką całego przedstawienia i chociaż nieświadoma zapędów demonicznego reżysera, jakby przeczuwa, że występ dla "szklanego oka" będzie jej ostatnim...

No, no panie Shreck, żadnych kłów w szyi przed końcem umowy img src:www.rowthree.com

Muszę na koniec nieco rozczarować wszystkich, ponieważ film nie należy moim zdaniem do wybitnych. Chociaż jest na tyle dobry (między innymi ze względu na znakomita obsadę), że polecam go wszystkim fanom kina i wampirycznych tematów. Niech pozostałych nie zrazi etykieta "horroru", ponieważ film skrojono na porządny dramat - ludzki i wampirzy ;)

22:36, bizarre_films
Link Komentarze (5) »
niedziela, 19 lipca 2009
Sen Nocy Letniej

oryg. Midsummer Night's Dream, reż. Adrian Noble, Wielka Brytania, 1996.

Bardzo udana adaptacja filmowa, oparta na inscenizacji The Royal Shakespreare Company. Właśnie największym atutem tego filmu jest to, że dostajemy swego rodzaju Teatr Telewizji. Bajeczne scenografie i kostiumy ożywiają i dodają smaczku komedii Szekspira, a oryginalne dialogi i wiernośc sztuce na pewno spodobają się fanom teatru. Trudno mówić o pełnym uwspócześnieniu tego dzieła. Owszem, pojawiają się tam awangardowe stroje i panowie na motocyklach, jednak nie jest to jednoznaczne z przeniesieniem akcji do współczesności. W tekście wszystko pozostaje to samo: mamy palac w Atenach i cudowny gaj, który daje schronienie kochankom. Ale wspomniane już scenografie przeoszą widza w jakiś inny, magiczny wymiar. Wnętrza pałacu, czy też połacie lasku to czysta gra wyobraźni scenografów. Aktorzy - wspaniali, choć w teatrze obowiązuje inna maniera niż w świecie filmu i dlatego ktoś, kto nie wie z czym ma do czynienia, może być z początku lekko skonfudowany.

Dla fanów Szekspira i teatru pozycja obowiązkowa. Moim zdaniem jedna z najlepszych teatalno-filmowych adaptacji, które zachowują zgodność z oryginalem, a jednocześnie potrafią wnieść coś od siebie.

---

P.S. Przy następnej okazji zamieszczę screeny (jeśli znajdę płytkę, bo w necie jakos tym razem trudno znaleść coś dobrego).

16:19, bizarre_films
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 lipca 2009
Trio z Belleville

Les Triplettes de Belleville (AKA Triplets of Belleville, The / Belleville Rendez-Vous), reż. Sylvain Chomet, Belgia, Francja, Kanada, Wlk Brytania, 2003

O tym filmie było głośno swego czasu. Recenzenci, po raz kolejny już i ze wzmorzoną siłą, głosili prawdę jakoby filmy animowane nie były tylko dla dzieci, a niektóre z nich wprost nie powinny być przez nie oglądane. Mnie szczerze mówiąc dziwi (i niepokoi), że trzeba o tym przypominać w kraju, gdzie trafiały się (marnie bo marnie ale...) animowane "półkowniki". Sytuacji nie polepszają cieszące się obecnie dużą popularnością animacje, gdzie poza pewnymi wyjątkami, mamy papkę - komedyjkę ni to dla dzieci, ni to dla dorosłych (czy moze kidultów), a właściwie dla nikogo... może już wrócę do filmu, zanim napisze przydługi referat o tym, dlaczego stary "przesłodzony" disney był dobry i jak współczesne produkcje kształtują "wrażliwość" i kulturalny gust odbiorców...

Wracają do filmy "Trio z ...", nie każdemu się on spodoba. Okrojona z dialogów, surrealistyczna historia staruszki, która samotnie (nie do końca, ma za towarzysza wierne psisko) wyrusza do Stanów, aby uratować wnuka-kolarza z łap chciwej mafii. Na miejscu zostaje przygarnięta pod skrzydła tytułowego trio - zwariowanych starych panien, niegdyś gwiazd estrady. Już w kwartecie + pies, obmyślają i realizują plan odbicia uprowadzonego. Wszystko tutaj jest możliwe - przepłynięcie oceanu łódeczką i wyławianie kolacji ze stawu odbezpieczonym granatem. Brakowi fabularnego realizmu wtóruje animacja - z jednej strony bardzo dopracowana,  płynna, obfitująca w detale i ciesząca oko starannie dobraną plaeta barw, oddająca klimat starego, amerykańskiego miasta. Z drugiej strony nierealistyczna, karykaturalna, przez niektórych uważana za "brzydką" czy "pokraczą". Przyznam, że rzeczywiście jest pewien rozdźwięk między tym, co zazwyczaj dostajemy w produkcji animowanej (chociaż, paragraf wyżej moje ubolewania nad dzisiejszymi produkcjami), a postaciami o wielkich nochalach, kaprawych ślipiach, patykowatych nogach, czy... pośladkach na łydkach (tak, takie było moje skojarzenie, po ujrzeniu nóg wnuczusia). Za to zdecydowanie na plus muzyka, a szczególnie hicior Tria - rytmiczna piosenka w stylu retro, kiedy w USA trwała prohibicja, a spożycie alkoholu wzrosło kosmicznie. Film obfituje w czarny, miejscami groteskowy humor. A pozostawia widza w dziwnym, trochę melancholijnym, trochę skonfudowanym nastroju. Ale to są jedynie moje subiektywne doznania i przyznam szczerze, ze przez to film nie spodobał mi się na 100%.

Czyli znowu polecam, znowu z pewnymi zastrzeżeniami - film nie dla kazdego, ale dla pewnych ludzi wart obejrzenia.

Trio z Belleville werbuje perkusistkę imgsrc:outnow.ch

23:17, bizarre_films
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 lipca 2009
Last House on the Left (1972)

Ostatni dom po lewej, reż. Wes Craven, USA, 1972

Czego to się w wielkim tyglu pt. "horror" nie znajdzie. Jeszcze świeżo po seansie jednego z najmniej krwawych slasherów i niezbyt udanej próbie połączenia komedii z horrorem na zasadzie scena horroru-scena komedii-scena horroru-scena komedii-scena horroru itd.

Ale od początku. Właśnie ten początek uświadomił mi, że to nie jest film typowy. Miła muzyka, "piękne melodie w typie folk/ballady/pop"  (za moviegrooves.com) a do tego kolorowe jesienne krajobrazy (rzec by się chciało - złota polska jesień) w filmie, który już przez samą jakośc obrazu trąci myzką... Poznajemy główną bohaterkę, siedemnastoletnią dziewczynę, szczęśliwą, że wreszcie urosły jej piersi, a na dodatek rodzice pozwolili pojechać z koleżanką do miasta na koncert. Nieco później poznajemy też tych złych. Jeśli poprzednie elementy nie były niespodzianką dla kogoś, kto spodziewał się obscenicznego slashera (kiedyś ten film był zakazany w kilku krajach!), teraz czas powalić widza z nóg schwarzcharakterami. Trio z zakręconą i "zwierzęcą" lasencją. Hobby: narkotyki, alkohol, seks, zabijanie, fajna muza, przekłuwanie dzieciom baloników... Zmutowani geniusze-szaleńcy-kanibale z implantami kończyn służacymi do masakrowania ofiar i mózgami, które w ciągu minuty produkują 100 skomplikowanych planów uśmiercenia ofiary w najbardziej wyrafinowany sposób to w porównaniu z bandziorkami z "ostatniego domu po lewej".... hmmm.... coś jak zestawienie gościa z teksańskiej masakry z dwunastolatkami zajaranymi tym, że zapalili trawkę i porysowali komuś samochód. To jest może złe porównanie, bo mi się naprawdę ten kwarter spodobał. Nie ma to jak wpakować pobite dziewczyny do bagażnika, zapalić cygarko, włączyć fajną muzę i poczuć wiatr we włosach...

Pozostaje jeszcze ten wątek komediowy. Otóż aby dodac trochę humoru, nie ma to jak dwójka nieporadnych stróżów prawa. Z jednej strony jest to jedyny, trochę poruszający wątek filmu i niestety, jakże prawdziwy: obie dziewczyny być może uniknęłyby śmierci w męzarniach, gdyby nie ślamazarstwo i głupota policjantów. Ale schodzi to na boczny plan, kiedy w przerwie między torturami dostajemy coś w stylu benny hilla.

Oto moje ulubione (chociaz może niedokładnie przytoczone) cytaty z filmu:

[trójka zajaranych, ciężkich kryminalistów na temat porwanych dziewczyn] "Niech zrobią coś dziwnego, no niech zrobią, tak, tak będzie fajnie"

"-Proszę pani, my mamy prawo po swojej stronie! - A ja mam ciężarówkę i kurczaki! Hahahaha!"

"Nie powinniście być generacją miłości?"

Jak widać przyciągają mnie filmy przez większość oceniane jako dno i miernota. Ale czasem trzba się cieszyć właśnie tymi "wadami" - jeśli się czegoś takiego nie obejrzy, trudno sobie wyobrazić na jak głupie i jednoczesnie ciekawe pomysły moga przyjść reżyserom do głowy. W końcu to były lata '70!

Patrzcie na ten plakat... czy nie zapowiada się przerażająco i wcale nie śmiesznie?

last house on the left 1972 promo img src:cinefantastiqueonline.com

Na zakończenie dodam, zerkając do ściąg, że ten film był przełomowy. Uznano go za naprawdę okropny, obrzydliwy, straszny, odrażający, obrazoburczy itd. Najbardziej znana fraza, pochodząca z materiałów promocyjnych to "To avoid fainting, keep repeating 'It's only a movie... It's only a movie... It's only a movie...". Jakby reżyser nie ciął filmu, przyznawano mu X (zanim X zaczął kojarzyć się wyłącznie z "filmami przyrodniczymi" było to oznaczenie oznaczające film dla dorosłych ale niekoniecznie porno, po fali protestów zmieniono ustawę). To Craven po znajomości dostał upragnione "R" i tak, kantując, wypuścił film (tak jest wg. imdb). Podobno sztuczna krew, jaką uzyskano z produktów spożywczych (żeby nie powiedzieć: cukierniczych) wygląda autentycznie tj. tak, jak bryzgająca i zastygająca krew wyglądać powinna (chyba muszę poprosić o konsultacje znajomych, którzy są bardziej oblatani i w temacie horrorów i prawdziwej krwi).

00:09, bizarre_films
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2