O filmach które są inne i wcale się tego nie wstydzą!
RSS
wtorek, 08 grudnia 2009
Hakaba Kitaro

Hakata Kitaro /”Hakaba Kitarou” aka „Graveyard Kitaro” (“cemntarny Kitaro”), główny reż. Kimitoshi Chioka, Toei Animation, Japonia, 2008.

 

Jesienny wiatr hula między grobami, kropelki deszczu odbijają się od kamiennych płyt. Mrok rozświetlają błyskawice. Nagle pośród odgłosów burzy słychać płacz dziecka. To daje o sobie znać niemowlę, które wyszło ze świeżo usypanego grobu…

Hakaba Kitarou wychodzi z grobu... img src:blackholereviews.blogspot.com

 

Manga „Gegege no Kitarou” (często widzę, że Kitarou zamienia się na Kitaro, bez „u” w końcówce, więc zostanę przy uproszczonym zapisie)  autorstwa pana Shigeru Mizuki doczekała się kilku animowanych adaptacji. Były to wznawiane co dekadę (od czarno-białej wersji z 1969) seriale telewizyjne liczące nawet po 100 odcinków, skierowane przede wszystkim do najmłodszych widzów. Poza granicami rodzimego kraju nie zyskały wielkiej popularności, ale w Japonii stały się kultowe. Tytułowy Kitaro mieszkający wśród upiorów walczył ze złymi duchami i starał się zaprowadzić pokój pomiędzy światami ludzi, a demonów (tych dobrych). Zakrywająca pół twarzy grzywka, niebieski mundurek, pasiasta kamizelka i drewniane chodaki (w razie czego służące jako broń) – to jego znaki rozpoznawcze. Mimo, że seria zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, absolutnie wpadła mi w ucho otwierająca piosenka i obudziły się miłe wspomnienia o „Gospodzie pod Upiorkiem” (kochajmy straszydła!), to nie temu poświęcam mój dzisiejszy post.

Upiorny plakat Hakaba Kitarou img src:blackholereviews.blogspot.com

 

Po wymienionych już serialach TV, kinówkach, filmie z żywymi aktorami (który dotarł też do nas –tak, srebrnowłosy pan strzelający laczkami to właśnie Kitaro), grach na konsole, wersji live i niezliczonych gadżetach czy tez produktach spożywczych z Kitaro i jego przyjaciółmi na etykietach, przyszła pora na coś zgoła nieoczekiwanego.

 

W roku 2008 zdecydowano się na ukłon w stronę starszego odbiorcy i w oparciu o oryginalną mangę powstała licząca 11 odcinków mini seria „Hakaba Kitao”.

Pewnemu przeciętnemu, mieszkającego z matką szaremu urzędnikowi ordynator szpitala powierza nietypowe zadanie. Otóż pacjenci, którzy już dawno powinni odejść z tego świata, ku trwodze personelu oznajmiają, że czują się świetnie, pomimo bladej cery i trupiego zapachu unoszącego się w salach. Mężczyzna wiedziony przeczuciem odwiedza nowych sąsiadów, którzy wprowadzili się do opuszczonej chatki nieopodal cmentarza. Na miejscu podejmuje go para potworów, które wyjawiają, że są ostatnimi z plemienia youkai, toczy ich tajemnicza zaraza, a wkrótce na świat ma przyjść ich dziecko. Przy następnej wizycie oboje są już martwi, a ich sąsiad trochę z przyzwoitości, a trochę z obawy przed zemstą zmarłych, postanawia pochować ciało ciężarnej kobiety. Ku jego przerażeniu, nie jest to bynajmniej koniec klanu potworów, kiedy ze świeżo usypanego grobu wypełza niemowlę…

 

Tak w skrócie jawi się akcja pierwszego odcinka. Podrosły Kitaro wcale nie ma ochoty na zabawy w zbawcę ludzkości i polowanie na demony. Nie, żeby był zły i szkodził ludziom, umyślnie, w zaplanowany sposób, ale spotykając na drodze Kitaro lepiej uważać, bo chłopak działa jak magnes na kłopoty, co w najgorszym wypadku może skończyć się w… piekle.

Kafkowska sytuacja, z jaką mamy do czynienia na samym początku to tylko zapowiedź groteskowych przygód i tajemniczych sytuacji okraszonych lekką dozą horroru. Absurd jest miarą uniwersalną, która tworzy pomost między kulturowymi różnicami i pozwala nam, europejczykom, śmiać się z japońskiego dzieła. Kto za pan brat z Kafką, Mrożkiem i Schulzem, ten poczuje swojski klimat.

 

Kolejnym ogromnym atutem jest strona wizualna. Żadnych oczu na pół twarzy i „kolczastych” różowych włosów sterczących we wszystkich kierunkach. Oldschoolowy, schludny chciałoby się rzec i dosyć realistyczny design postaci. A przynajmniej postaci ludzkich: podział światów widoczny jest szczególnie przy karykaturalnych sylwetkach nawet humanoidalnych demonów. I tak Nezumi Otoko (szczurzy człowiek), profesor brudologii stosowanej, który nie mył się od dnia narodzin, patrzy swoimi ogromnymi, chytrymi oczami za każda okazją i podkręca szczurzy wąs, a powabna sąsiadka ma zamek błyskawiczny w ustach (co w oczach panów dodaje jej uroku).

Dalej przyglądając się animacji, widać też kontrast na ogólnym tle. Świat ludzi jest szary i zwyczajny, utrzymany w kolorach sepii (przywodzi to na myśl lata powojenne, akcja prawdopodobnie rozgrywa się w latach ’50). Z drugiej strony cokolwiek dziwnego, paranormalnego, demonicznego, okraszone jest nieco psychodelicznym zestawem barw, czasem w nietypowej kombinacji (np. stosy różnokolorowych czaszek). Tła i pojawiające się obrazy wyglądają jak „kolorowane fotografie”. Widać tu też pewne nawiązanie do tradycji (warto przypomnieć sobie obrazy i drzeworyty Hokusaiego) i korzeni mangi, na przekór panującym trendom komputerowych fajerwerków, wygładzonych postaci i czasem nachalnie wprowadzanej animacji 3D. Na poparcie, seria screenów:

Hakaba Kitarou screeshot. source:bizarrefilms.blox.pl

Hakaba Kitarou screeshot. source:bizarrefilms.blox.pl

Hakaba Kitarou screeshot. source:bizarrefilms.blox.pl

Hakaba Kitarou screeshot. source:bizarrefilms.blox.pl

Czego brakuje (poza kolejnymi odcinkami) to brak fenomenalnej ścieżki dźwiękowej. Co nie znaczy, że nie można określić jej mianem nastrojowej i pasującej do klimatu. Prostota w tym wypadku wyszła twórcom na zdrowie. Uwagę przykuwa przede wszystkim opening: połączenie pokolorowanych komiksowych plansz z z szybkim acz nieco psychodelicznym utworem „Mononoke Dance” właśnie przykuło moją uwagę i zachęciło do obejrzenia pierwszego odcinka.

Ending natomiast na początku mnie rozczarował, jednak jak to zawsze ma miejsce po osłuchaniu się z utworem – zaczyna się go lubić. Dlatego w końcu wpadła mi w ucho melancholijna piosenka, śpiewana czystym, dziewczęcym głosem.

Screenshot  z ostatniej sekwencji endingu serialu Hakaba Kitarou. source:bizarrefilms.blox.pl

 

To chyba najdłuższa recenzja (jeśli tak można określić moje rekomendacje) jaka ukazała się na tym blogu. Ale myślę, że warto. O ile nie należę do grona zagorzałych przeciwników japońskiej animacji, uważam, że na ilość produkcji z tego kraju przypada raczej niewielki procent wart uwagi. I w tym procencie właśnie zawiera się „Hakaba Kitaro”.

23:23, bizarre_films
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 listopada 2009
Rare Exports... again!

Dyskusja nad trudami prowadzenia bloga - a dokładniej długimi przerwami między postami, rozgorzała w komentarzach, dlatego nie usuwam tego wpisu.

Aby uczynić go bardziej tematycznym, zaserwuję świąteczne danie, zwane "odgrzewanym kotletem". Osobiście lubię sobie przypominać miłe filmy, a te powinny podziałac jak oodtrutka na przeslodzone świąteczne reklamy. Po raz kolejny prezentuję:

Wpis o Rare Exports INC. TUTAJ

21:11, bizarre_films
Link Komentarze (4) »
niedziela, 22 listopada 2009
Trzecia płeć

Trzecia płeć (Navarasa,), reż. Santosh Sivan, Indie, 2005

Czasem się powtarzam. Ale tylko, kiedy warto.

O tym filmie było już krótko z okazji Dnia Kobiet.

Ostatnio po obejrzeniu dokumentu z serii Tabor na National Geographic wspomnienia o tym filmie powróciły do mnie.

Kadr z filmu Trzecia Płeć img src:chaitanja.blogsome.com

 

„Trzecia płeć” zabiera nas do orientalnego świata, tyle pięknego, co skomplikowanego. Być może szokiem dla europejczyka jest istnienie w Indiach tak zwanej „trzeciej płci”. Mężczyźni przebrani w kobiece sari, niektórzy po operacji zmiany płci, inni pragnący tej zmiany. Zjawisko niby również występujące w naszej strefie geograficznej, ale zupełnie inaczej odbierane i zakorzenione w kulturze. Nie śmiem dalej zgłębiać się w zawiłości międzykulturowe, ponieważ wymaga to nie lada wiedzy i wglądu w dana kulturę. Szczególnie, że pojawia się jeszcze jeden niuans: trzecia płeć wcale nie spotyka się z tolerancją. Wprost przeciwnie – zepchnięci na margines społeczeństwa „odmieńcy” czekają na swoje święto – jeden dzień w roku, gdy mogą z podniesioną głową przejść ulicami miasta i udać się na pielgrzymkę do ośrodka kultu boga Arawana. Tak też robi wujek głównej bohaterki, choć czyni to w tajemnicy przed rodziną, w obawie o gniew brata i odrzucenie. Tymczasem dziewczynka, która dopiero co świętowała swój pierwszy okres- znak, że jest już kobietą, musi zmierzyć się z dorosłością, kiedy postanawia ruszyć w ślad za wujkiem i sprowadzić go do domu. Na jej szczęście napotkany w drodze Bobby Darling (postać autentyczna) postanawia jej pomóc, chociaż duet nad wiek dojrzałej  i powściągliwej dziewczynki oraz  przebojowego, pełnego optymizmu cross-dressera niezbyt się dogaduje…

Film nosi znamiona paradokumentu, występują w nim autentyczne postaci, dowiadujemy się wiele o ciemnych stronach przynależenia do trzeciej płci – prostytucji, wysokim ryzyku zarażenia się HIV/AIDS, społecznym ostracyzmie itd.

Jednocześnie fabuła przeplatana jest poetyckimi ujęciami oddającymi stan ducha bohaterów. Tłem jest mit o bogu Arawanie – to do niego pielgrzymują przedstawiciele trzeciej płci, aby podczas wielkiej uroczystości symbolicznie się z nim zaślubić, a dzień po wielkim weselu odbyć żałobę i powrócić do szarych realiów ciężkiego, codziennego życia.

 

 

 

Ojej, miało być często, ale Bizarre wciągnęła jakaś dziura czasowa i nie może się z niej wydostać. Cały czas chodzi po glowie kilka tytułów, ale czasem są to rzeczy tak święte i z geniuszu poczęte, że ręce drżą nad klawiaturą. Mi też się to nie podoba. Wybaczcie.

19:58, bizarre_films
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 listopada 2009
Esterhazy i Królik po Berlińsku

Maskotką 20 rocznicy upadku muru  berlińskiego stał się królik. Oczywiście nie chodzi tutaj o bohatera zachodnich kreskówek ani o skąpo ubrane dziewczyny. Właściwie, trudno powiedzieć, czy mowa o dzikim  króliku, czy też jego krewniaku – zającu („Hase”-zając). Ale grunt, że długouche futrzaki upodobały sobie oddzielony murem pas zieleni między wschodnią, a zachodnią częścią Berlina i jest to udokumentowany fakt historyczny, który doczekał się swojej filmografii

"Esterhazy", reżyseria i scenariusz Izabela Plucińska, animowany, Polska, Niemcy, 2009.

Esterhazy wyrusza w podróż. source:stopklatka.pl

Zacznę od krótkometrażowego filmu animowanego „Esterhazy”. Ta Polsko-Niemiecka produkcja oparta jest na książce dla dzieci autorstwa I. Dische i H. M.  Enzensberga. Jak to określił Darek Kuźma w relacji na stopklatka.pl: „plastelinowy oldskul”. Technika animowania postaci lepionych z plasteliny świetnie sprawdza się w wypadku nostalgicznej adaptacji literatury dziecięcej. Mały Esterhazy, najmłodszy z możnego rodu Wiedeńskich królików, wyrusza za namową dziadka do Berlina. Tam znaleźć ma pokaźnych rozmiarów wybrankę swojego życia. Bo jak prawi słusznie dziadek „Im większa, tym lepsza”. Szukać ma w pobliżu wielkiego muru, ale gdzież on jest? Dla mikrego królika bariera dzieląca Niemcy jest tak ogromna… że aż nie widoczna. Piękna metafora ukazująca nie tylko niezrozumienie wobec ludzkich konfliktów, ale też punkt widzenia człowieka zachodu, który nawet nie wyobraża sobie, jak wygląda Zycie po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny. Tej krótkiej opowieści przewodzi jednak wątek miłosny, którego nadto nie będę już zdradzać. Wspomnę natomiast o plejadzie gwiazd w dubbingu:  Maciej Stuhr, Maria Peszek, Wiktor Zborowski, Borys Szyc… mam wymieniać dalej?

Berlin zachodni, Berlin zachodni... tu trafia Esterhazy. source:stopklatka.pl

 

"Królik po Berlińsku" ("Mauerhase" aka "Rabbit a la Berlin"), reżyseria i scenariusz Bartosz Konopka, Polska, Niemcy, 2009.

Poster Królika po Berlińsku aka Mauerhase. source:tvp.pl

Dużo bardziej dojrzały jest tragikomiczny w swojej wymowie dokument „Królik po Berlińsku” („Mauerhase”). Również przedstawia historię z perspektywy kolejnych pokoleń królików (czy zajęcy) uwięzionych między murem (mur był podwójny, z psaem zieleni i budkami strażniczymi pośrodku). Komentarze czyta nie kto inny, jak Krystyna Czubówna (!) znana miłośnikom filmów przyrodniczych (tudzież reklam T.P.) Ironiczne wobec historii teksty wypowiadane jej dźwięcznym głosem po prostu wbiły mnie w fotel. Zdanie ludzi na temat postawienia muru zderza się z punktem widzenia królików, który jest zgoła inny. Ponieważ mądre zwierzątka szybko zrozumiały, że uczyniono to tylko dla ich dobra. Strażnicy pilnowali ich bezpieczeństwa dzień i noc, wysiewali soczystą trawę, czasem dokarmiali. A podkopy pod zasiekami idealnie nadawały się na norki, gdzie na świat przychodziły kolejne pokolenia: nie znające strachu, głodu ani wielkiego świata za murem. I myli się ten, kto myśli, że pozbawieni rozrywki strażnicy urozmaicali sobie czas polowaniem. Każdy strzał miał swoje miejsce w protokole. Dlatego nie marnowano na króliki kul, które przeznaczone były dla ludzi.

Najlepsza opowieść z królikami w roli głównej od czasu „Wodnikowego Wzgórza”.

Tu się chowa królik po berlińsku. source:filmweb.pl

 

"Esterhazy" miał swoją telewizyjną premierę dzisiaj na TVP Kultura. Natomiast jest szansa obejrzeć "Królika po Berlińsku": 9 listopada na antenie TVP1, godzina 22:50. Smacznego!

 

20:38, bizarre_films
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 listopada 2009
Tale 52

Tale 52, reż. i scenariusz: Alexis Alexiou, Grecja, 2008.

Tale 52 original poster img src:masalladeorion.es

 

Tym razem będzie nietypowo. Bo raczej ku przestrodze. Co nie znaczy, że osobom odwiedzającym tego bloga film się nie spodoba, o czym świadczą entuzjastyczne reakcje niektórych widzów. Na początku film intrygował, a napięcie rosło, a później… osłabło i powoli dogorywało. Wiąże się to ze specyfiką filmu, czyli ideą „Dnia Świstaka” w wersji mocnego thrillera. Tak naprawdę nie wiadomo, co dzieje się z głównym bohaterem; czy jego wizje i powroty do punktu wyjścia to tylko urojenia? W takim wypadku nie jesteśmy w stanie oddzielić schizofrenicznych majaków od filmowej rzeczywistości. Ponieważ tej rzeczywistości, w potocznym tego słowa znaczeniu, może tam w ogóle nie być. To jest właśnie urok tego filmu. Główny bohater chce zbudować szczęśliwy związek., Ale nad tą znajomością wisi fatum i kolejne próby na nic się zdają, choć nadzieja, obsesyjna i niebezpieczna nadzieja pcha bohatera dalej. Kto obejrzy, może zrozumie coś z tego zrozumie. Pozostaje pytanie: dlaczego ostrzegam? Bo mimo, że tak pięknie o tym filmie napisałam, tym razem mam poważne zastrzeżenie. Jak już napisałam, po chwili napięcie znika, a powtarzające się sekwencje mogą porządnie zmęczyć  widza, który w nadziei na rozwikłanie zagadki (sorry, spoiler, nie dostaniecie rozwiązania) otrzymuje kolejne elementy… różnych układanek prezentujących odmienne warianty rzeczywistości. Kino dla wytrwałych.

 

P.S. Film pojawi się u nas w grudniu.  Macie czas, żeby się przygotować.

20:18, bizarre_films
Link Dodaj komentarz »